Zacznę od tego, że nowym Residentem zainteresowałem się niedawno. Nigdy nie byłem wielkim fanem serii, w tematykę świata RE zagłębił mnie mój kumpel, który zna go jak własną kieszeń. Opowiedział mi trochę o fabule, postaciach i rozgrywce. Miałem okazję „liznąć” kilka gier z serii, w tym fenomenalną „czwórkę”. Zainteresowany tematem, odświeżyłem sobie pamięć oglądając Resident Evil Retrospection na GameTrailers i po tym seansie stwierdziłem jasno – w nowego RE muszę zagrać!
Zafascynowany, nie zaglądając nawet do instrukcji, włożyłem płytkę do konsoli. Szybki update, po czym ujrzałem główne menu. Intuicyjne, ciekawie zaprojektowane, przechodząc z opcji do opcji od razu możemy się dowiedzieć, że mamy możliwość gry w trybie kooperacji na podzielonym ekranie, połączeniu lokalnym i przez Xbox Live, co jest nowością w RE, jak też czeka na nas kilka miłych niespodzianek po ukończeniu gry. „No nic, starczy tego przebierania” – powiedziałem, czas wziąć się za najlepsze.
W tej części ponownie wcielamy się w postać Chrisa Redfielda, byłego członka grupy S.T.A.R.S (Special Tactics And Rescue Service). Jak się okazuje, Umbrella nadal kombinuje przy broni biologicznej, a ich kolejne wynalazki lądują w rękach terrorystów. Z tego powodu zostaje powołana specjalna grupa „Bioterrorism Security Assessment Alliance” (BSAA), której zadaniem będzie eliminowanie Bioterroryzmu. Na pomoc Chrisowi przyjdzie młoda agentka BSAA Sheva Alomar, którą w trybie kooperacji kierować może drugi gracz.