Grand Theft Auto. Tego tytułu chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jest to jedna z najbardziej kontrowersyjnych serii gier komputerowych (z aferą z „Hot Coffee” na czele). Wypadałoby jednak przypomnieć co niektórym od czego to się w ogóle zaczęło, zwłaszcza, że młodsi gracze na pewno nie pamiętają początków serii…
Wszystko zaczęło się w 1997 roku, kiedy to na rynku ukazała się pierwsza część GTA. Mimo że już wtedy technologicznie była sporo do tyłu, to i tak narobiła sporego zamieszania. Ze względu na swobodę, jaką oferowała i oryginalne podejście? Nie, ja jednak obstawiałbym za tym, że w kradnięciu aut i rozjeżdżaniu przechodniów po prostu był jakiś trudny do sprecyzowania urok… ![]()
Druga, pełnoprawna część GTA ukazała się w 1999 roku (wcześniej, w ’98 ukazało się jeszcze GTA: London, które było jednak jedynie spin-offem od pierwszej części), jednak nieznacznie poprawiona grafika i mała ilość nowości w samej rozgrywce sprawiły, że nie zrobiła już na graczach takiego wrażenia jak część pierwsza, zwłaszcza, że grafika 2D już wtedy naprawdę nie była w modzie. To jednak wciąż było GTA i kto zdecydował się na kupno gry na pewno nie żałował, bo zabawa wciąż była świetna.
W 2001 roku pojawiła się trzecia część GTA. Była to prawdziwa rewolucja dla serii – gra wreszcie doczekała się grafiki 3D i jak się okazało, ta zmiana była strzałem w dziesiątkę – gra w momencie premiery porwała czapki z głów wszystkich graczy, powalając wielkim, żyjącym Liberty City i ogromem możliwości jakie oferowało to miasto. Mało kto wtedy zwracał uwagę na niedoróbki i braki na jakie pierwsze, trójwymiarowe GTA cierpiało.
Już rok później – w 2002 roku ukazała się kolejna część Grand Theft Auto – Vice City. Klimat rodem z Miasta Aniołów z lat 80-tych XX-go wieku i serialu „Miami Vice”, komplet nowych możliwości i zabawek (motory, minigun) i poprawek względem poprzedniej części, klimat… zaraz, czy ja już nie wspominałem o klimacie? Cóż, właściwie to wypada wspomnieć o nim co najmniej dwukrotnie, bo to zdecydowanie najmocniejszy punkt Vice City.


Minęły dwa lata, a Rockstar przygotował dla nas kolejną część swojej kultowej już wtedy serii – San Andreas. Cały stan zamiast jednego miasta, siłownie, bary, statystyki, fryzury, tatuaże, traktory, skoki spadochronowe, Ufo… Oh my, w tej grze było naprawdę wszystko – jakimś cudem Rockstarowi udało się upchnąć do jednej gry największego sandboxa ever – możliwości wydawały się nieograniczone! Niestety, po drodze R* zgubił gdzieś klimat i dbałość o szczegóły, za które tak chwalona była poprzednia cześć…
Wypada też wspomnieć o wydanych w 2005 i 2006 roku spin-offach, docelowo przeznaczonych na Playstation Portable – Liberty City Stories i Vice City Stories. Docelowo, bo każda z nich po mniej więcej roku doczekała się portu na PS2, ot, Rockstar po prostu zagalopował się za kasą… Nie ma tutaj sensu rozwodzić się za bardzo na temat tych gier, bo tak naprawdę nie oferowały nic, poza nowymi wątkami fabularnymi.